WYSTAWY

EWA KIERSKA W SWOJEJ PRACOWNI | CRACOW ART WEEK 2026

Pracownia artysty to często przestrzeń kolekcji tworzonej świadomie lub powstałej zupełnym przypadkiem. W tym roku przenosimy publiczność do pracowni Ewy Kierskiej. Jak pisał Manfred Sommer niezależnie bowiem, czy proces w którym wiele rozproszonych rzeczy znalazło się obok siebie przypadkiem czy w wyniku świadomego działania – o ile znalazły się wystarczająco blisko siebie, na przykład w pracowni, tworzą pewien zbiór. Spróbujmy zatem odtworzyć zbiór Ewy Kierskiej.
Wystawę można oglądać do 29 maja 2026. 

Zamiast tekstu kuratorskiego przywołujemy fragmenty wspomnień Pawła Dobrzyckiego, które ukazały się w ostatnim numerze Głosu Plastyków.  

_______________

Wspomnienie o Ewie Kierskiej

(…) Któregoś dnia te drzwi do tajemnego miejsca otwarły się dla mnie. Ku mojemu i moich rodziców zdumieniu, pani Ewa zaproponowała, że będzie mnie uczyć rysunku. Ciasny przedpokój, za nim pokój bez okien. Oszołomionego tajemniczym mieszkaniem, zapachem kadzidła i ziół, posadziła mnie przy stole, przede mną stawiając stary drewniany lichtarz, szklankę z załamującą się wodzie metalową łyżeczką i odłupany kawałek marmurowej płyty. Na    korkowym podkładzie miałem arkusik pięknego bristolu i ołówek. – No to rysuj, tylko pamiętaj, od ogółu do szczegółu – i poszła sobie…

(...) – Co robi artysta? – padło raz pytanie. Czułem, że nie chodzi o odpowiedź typu maluje, więc milczałem, co przy jej pytaniach często mi się zdarzało. – Artysta rozróżnia – padła odpowiedź, bo na moim rysunku szkło nie było szkliste, a drewno nie było drewniane, były takie same, jak marmur i metal. Na małej karteczce lub w rogu przyszłego rysunku trzeba było najpierw naszkicować kompozycję – to było słowo klucz – do kompozycji Pani Ewa przywiązywała najwyższą wagę. – Przecież tak prowadzisz oko widza – ta uwaga towarzyszy mi całe życie, zarówno w malarstwie, jak i – a może przede wszystkim – w teatrze.

Znikała w drugim pokoju. Wiedziałem, że malowała, gdy ja rysowałem. Czasem wstawałem i przyglądałem się przedmiotom na ścianach. Ich dawną funkcję nie zawsze łatwo było odgadnąć: fragmenty ornamentów, starych naczyń, uchwytów, mebli, maszyn, bóg wie czego – miały jednak w sobie troskę zaginionego w pomroce dziejów twórcy, by tworzyć piękno.

Zacząłem żyć od czwartku do czwartku.

Pojawiły się farby akwarelowe i większe tematy, przy których wróciło jak echo przykazanie Druha: Nie wolno zostawiać białych, niezamalowanych miejsc…

Zadawane tematy zawsze, jakby naumyślnie, sprawiały mi kłopot. Z biegiem czasu dostąpiłem zaszczytu pracy w dużym pokoju, który posiadał jedyne w całym mieszkaniu okno i pełnił jednocześnie funkcję pracowni, biblioteki, sypialni oraz salonu. Ten pierwszy raz był pamiętny: metalowa sztaluga, naprzeciwko na półce małe lustro. Miałem narysować autoportret, lecz nie mogłem się skupić. Za plecami miałem podobną sztalugę z zasłoniętym obrazem, nad którym Pani Ewa właśnie pracowała, ale nie wolno mi było nawet patrzeć w tamtą stronę. Spomiędzy książek patrzyła na mnie pustymi oczodołami czaszka, na półkach stało wiele małych reprodukcji, obrazków i fotografii, pod ścianami obrócone tyłem blejtramy. Intensywnie pachniały farby olejne. Panował tu łagodny i harmonijny horror vacui, w różnych miejscach stały przedmioty znane mi z obrazów gospodyni: drewniane płyty z dramatyczno-rdzawymi wzorami słojów, zasuszone gałązki i owoce, stare książki i papiery, kamyki, szkła powiększające, metalowe drobiazgi… Gdy zwiedzałem lata później różne kunstkammery czy na przykład mały skład, w którym Rembrandt trzymał rekwizyty do swoich obrazów, stawał mi przed oczami ów pokój, istniejący jakby poza czasem. Pani Ewa, stojąc przy wysokim skośnym pulpicie, pisała coś lub oglądała i czytała książki. Znad półek bibliotecznych patrzyły na mnie obrazy, jak przejścia do innych rzeczywistości, krajobrazów, wnętrz.

Czas mijał niezauważalnie, nieświadomie wchłaniałem w siebie wszystko, czym emanował ten pokój, całkowicie odmienny od wszystkiego, co znałem do tej pory. Pani Ewa nastawiała płytę i przestrzeń wypełniała muzyka, której słuchało się w tym miejscu inaczej. Adapter najprostszy z możliwych, radio przenośne, w końcu magnetofon Grundig. Płyty najczęściej z muzyką barokową – królował Bach, Vivaldi, ale także cenieni bardzo Corelli, Teleman i Haydn, rzadziej Chopin. Każdą sekundę koncertów Bacha na klawesyn i orkiestrę w wykonaniu  Zuzany Ružičkovéj potrafię w pamięci odtworzyć co do nuty. Często pojawiał się odtwarzany z magnetofonu, darzony największym uwielbieniem Vladimir Horovitz, którego nagrania Pani Ewa zawdzięczała Janowi Weberowi. Do dziś mam całe szpule taśm z nagranymi już przeze mnie jego audycjami, które były małym uniwersytetem muzykologii. W tamtych czasach programy II i III Polskiego Radia stały na bardzo wysokim poziomie. Pani Ewa włączała mi nagrane wypowiedzi różnych artystów, audycje poświęcone sztuce. Zastygałem z pędzlem w ręku, musiała mnie przywoływać do porządku, czasem dla otrzeźwienia byłem częstowany herbatą.

Nie chwaliła mnie właściwie nigdy. Zdarzyło się co prawda, że w imieniu pewnego znanego artysty poprosiła mnie o rysunek jego rzeźby, potem o jeszcze inny szkic. Były to momenty rzadkiej chwały, chociaż nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego owi artyści chcieli mieć moje prace i co w nich dostrzegli.

(…) Tymczasem, moje pozaplastyczne kształcenie postępowało niemal niedostrzeżenie dalej. Dostawałem na przykład kolejne numery „Filomaty”, czasopisma w małym formacie poświęconego kulturze antycznej, które Pani Ewa prenumerowała, z szarymi niewyraźnymi ilustracjami i naukowymi artykułami, nierzadko o unikalnych artefaktach sprzed tysięcy lat. Nigdy nie spotkałem nikogo, który by takie pisemko znał. Wiele lat później zdarzało mi się w różnych muzeach nagle dostrzec jakąś antyczną gemmę czy fragment amfory lub figurki, który szarym cieniem tkwił w mojej pamięci, nagle kolorowy i prawdziwy.

Potem zacząłem poznawać upodobania literackie pani Ewy.

Największą jej miłością był Cyprian Kamil Norwid, którego wszystkie wielotomowe dzieła zamówiła i studiowała wytrwale. Od niej też dostałem tomik Norwida „Vade-mecum”, gdy ze zdziwieniem dowiedziała się, że szereg wierszy poety znam. Pożyczała mi od czasu do czasu kolejne duże tomy, przez które nieraz ciężko było przebrnąć. Następny w kolejce, jak mi się wydawało, był Herbert.    Do dziś mam na małych kartkach zapisane przez nią pięknym, lekko „szpiczastym” pismem, stalówką maczaną w sepiowym tuszu, fragmenty wypowiedzi poety, nagrywane z radia. Twierdziła, że mówi on wierszami i udowadniała to, nadając mówionym przez niego słowom formę pisaną, z dowodzącym jej znajomości rzeczy podziałem na wersety i zwrotki.

Rzadko mówiła o Różewiczu. Kolejny jej uwielbiany poeta, z którym dzieliła – wiele lat minęło, zanim to zrozumiałem – poczucie tragedii istnienia, wywodzące się z traumy wojennej. Przyjmowała wiersze Różewicza, czasem okrutne, pozbawione rozmyślnie jakiejkolwiek urody literackiej, pozornie najdalsze od jej własnych upodobań. Nigdy nie usłyszałem od niej na ten temat słowa. Wiedziałem, że korespondują ze sobą. Poznałem Różewicza podczas któregoś z czwartków, w zabawny sposób udawał, że on to nie on, nie wyglądając przy tym w najmniejszej mierze na artystę.

Co jeszcze czytała? Staffa, eseje i książki o sztuce. Teilharda de Chardin i Paula Claudela. Hölderlina i Hebbla. Korczaka, Shakespeara, Goethego. „Pałubę” Irzykowskiego, polecaną mi przez nią powieść, której nie mogłem strawić, choć na swój sposób cenił ją Miłosz. Na moją fascynację Lemem dała mi w odpowiedzi groteskowy dramat przedwojennego autora Bruno Winawera „Roztwór doktora Pytla”, niewątpliwie, jak dziś pamiętam, prekursora katastroficznej SF. Poznałem jeszcze osobiście, w trakcie moich sesji czwartkowych, biskupa Józefa Życińskiego, Mieczysława Voita – aktora, sprawdzającego uważnym spojrzeniem oddziaływanie swego głębokiego głosu na zgromadzonych, i wiele innych osób. Wstawałem, witałem przychodzącego gościa, zamieniałem z nim kilka słów, po czym Pani Ewa przymykała drzwi i nie dane mi było słyszeć, o czym rozmawiali, a dałbym wiele, by móc podsłuchać…  

(…) Na legendarne już dla mnie schody do tej niezwykłej świątyni sztuki wspinali się przede mną Lidia i Jerzy Skarżyńscy, Kazimierz Mikulski, Jerzy Nowosielski, Jonasz Stern, Ryszard Horovitz, Antoni Kępiński, a podobno także Tadeusz Kantor. I wiele osób, których nazwiska przeszły do historii sztuki polskiej.

Ja spotykałem już uczniów Adama Hoffmanna i Ewy Kierskiej, wschodzące gwiazdy sztuki polskiej, którym wciąż potrzebne było w ówczesnych ciężkich czasach ich wsparcie. Znając ich wzajemne relacje z licznych rozmów i spotkań, jakie się tam latami odbywały, mogłem tylko żałować, że urodziłem się tak późno. Uprawianie sztuki było dla nich misją, która miała na celu uczciwość tworzonych dzieł sztuki, uczciwość w każdym wymiarze, od doskonałości kompozycji i warsztatu, po głęboko człowiecze przesłanie, zanurzone w historię ludzkich losów i dokonań. Największym grzechem artysty było ulegać modzie. Artyści, którym powiodło się finansowo, byli traktowani ze skrywaną nieufnością, jako osoby, które mogły się sprzeniewierzyć misji i zacząć to, co było najgorsze: zarabiać na sztuce. Bieda, minimum potrzeb, poświęcenie sztuce świadczyły o wewnętrznej uczciwości. Pani Ewa mówiła często przy różnych okazjach, że: żyjemy kosztem innych, I że zawsze trzeba o tym pamiętać. A więc nic więcej niż to, co konieczne, gdyż w przeciwnym wypadku odbieramy coś innym.